Khan Tengri Part 1 from czapkins on Vimeo.
i częśc druga
Khan Tengri Part 2 from czapkins on Vimeo.

15.07.09
Powoli po szynach ruszyła maszyna. Salewa Khan Tengri 2009. Witaj wielka przygodo. Ogarniam resztki, baterie , zaplniczki , drobiazgi. Wieczorkiem spotykam sie z rodziną, w starym miejscu pod altaną. Jest lekkie podekscytowanie, ale jest teź jakiś taki wewnetrzny spokój. Lubie to uczucie, daje mi więcej pewności. Niesamowita radość że wreszcie ruszam, po tak skrupulatnych przygotowaniach.
16.07.09 Smutno żegnać żonę i synka. Boją się, martwią, widzę to choć Joasia nie daje po sobie poznać. Ale stało się, po małm porannym zamieszaniu oraz haotycznej odprawie bagaźowej, dotarłem do Moskwy, nie placąc przy tm za nadbagaż. 20-ścia godzin oczekiwania I jutro lecę do Byszkeku.
17.07.09 4.30 am . Podloga na Sheremietiewo 2 nie należy do konfortowych. Pobódka przed świtem, czas penetrować teren w celu poszukiwania właściwego terminalu.
18.07.09 Poprzedniego dnia dotarlem do Byshkeku. Pierwsze
Wrażenia dość przygnebiające. Ogółem haos, azjatycki kołowrot, ale fajowsko. Taxi z lotniska i oczywiście- próba wyrwania ze mnie ile się da. Po jakiejś chwili krążenia po mieście wraz z taryfiarzem udaje nam się dotrzeć do biura Tien Shan Travel ( mieli moje pozwolenia). Niestety było niecznne . Natomiast stróź Michaił , sympatyczny dziadziuś pozwolił mi spać na terenie, w takim pustostanie. Noc ciężka głóśna I obfitość komarów . Ranek piękny, a i dzień zapowiada się upalnie. Jeszcze dziś zamieżam dotrzeć do Karakol marszrutką.
20.07.09 Super marszrutka dojechalem do Karakol 300 somów.
W Karakol wbilem się na bazar, gdzie kupiłem co trzeba było. Potem taxi, rozgruchotane ziguli 1977 rok, podjechałem pod adres który otrzymałem w Byshkeku. I okazało się że wylądowałem w blokowisku, strasznym jak sam diabeł. Okazało się że tu mieszka matka Władimira szefa agencji przez którą załatwiałem pozwolenia. Matka Wladka gosci w swoim mieszkaniu jak się da więc zostałem, każdy orze jak może , a w Kirgizji życie nie rozpieszcza. W pokoju obok umierająca babinka. Zwaliłem graty I nim sie obejźałem juź brałem udział w rodzinnej imprezie. O poranku szybka akcja I juz siedzę w Uazie jadącym do Maida Adyr.
. Pierwsza cena 125 euro szybko spada na 20. Droga piękna przez góry. Na pace czterech Austriaków. Po czterech godzinach w uazie dotarliśmy do Maida Adyr. Szybko dogadałem się z Piotrem Iwanowiczem, przepakowałem bagaż I za 50euraczy nadałem część helikopterem do bazy pod Khanem. Spotkałem tu Czechów I zmyłem sie w drogę, ku zdumieniu Austiaków. Co miałem tam siedzieć jak jeszcze dużo było dnia. Idę, lecz po 200 metrach urywa mi się klamra biodrowa Arkteryx załamka, ale coś tam podrzeźbiłem i jakoś daje radę. Szedłem około 8 km moze wiecej, gdy nagle zjwił sie Uaz tabletka. Podrzucili mnie kawałek do ośrodka który prowadzą pare kilometrów dalej. Przenocowałem tam za free choć normalnie kasują 3 euro za rozstawienie namiotu co uważam nie jest tanio. Jutro harówka. Życie jest piękne , znowu , i kolorowe, choć moreny są czrnobiałe.
21.07.09 Niesamowity poranek , 7.00 rano , pakowanie , pare zdjęć super campu i już chciałem iść, kiedy przyszło do mnie dwóch Kyrgyzów, młody i pijak stary.
22.07.09 Do bazy zostało 17km, to bodaj trzeci dzień na lodowcu, daje mi trochę popalić, szukam co rusz najlepszej dla mnie drogi. Rzeki, góry, jeziora, kamole typowe moreny podle i bezlitosne. Przez tel dowiedziałem się że dziewczyny przeniosły się do bazy na północny Inuylczek ze względu na silne zagrożenie lawinowe w kuluarze Siemionowa. A mnie szwankuje kuchnia, ale walcze z nią. Właśnie parzę wodę na kaszkę. Ogółem jest spoko, sporo przeszedłem i jak dobrze pójdzie to jutro dotrę do bazy. Dzwoniłem do Joasi ale nie odbiera i włącza się poczta. Zaczynam jeśc , kaszki są pyszne.
23.07.09 Dotarłem do bazy Tien Shan Travel. Lodowiec prowadził mnie bezbłędnie, za wyjątkiem sytuacji kiedy idąc po języczku lodowym okazało się że od środkowej moreny odcieła mnie rzeka nie za bardzo do przejścia.
24.07.09 Długopis coraz słabiej pisze. No nie w bazie nudy więc zmyłem się dziś koło południa. Cholernie ciężki plecak z 35 kg, a żarcia przewidziałem na 10 dni. Jeśli pogoda dopisze powinno starczyć.
25.07.09 Ranek. Obudziłem się naładowany dziwnymi myślami. Coś psycha daje czadu, czeba to przeczekać tak jak załamanie pogody, nie inaczej. Sny dziwne, całą no śniłem jak brnę przez gigantyczne pole lodowe, przedzieram się przez olbrzymie szczeliny, cały czas w wyraźnie odczuuwalnym we śnie napięciu i stresie. Nad ranem koszmarne męki przerwał budzik, jagby zlitował się nademną obserwując jak motam się w śpiworze i postanowił to skończyć. Noc chłodna -10, lodowiec zmarzł, mogę iść . Do przejścia zaledwie pare kilometrów, jednak w południe już pokrywa śniegu która spowiła lodowiec robi się miękka i zmienia się w kopny po uda śnieg. Rano można grzać po zmarzlinie.
26.07.09 Wczoraj jeszcze dobiłem pod ścianę którą miałem dalej cisnąć w górę. Zaszedłem ją od wschodu. Droga przez mękę, przedłużenie snu, sen zmienił się w jawe a jawa w sen. Szczelin mnoga, poprzykrywane
27.07.09 Pogoda pod psem. Sypie, sypie, sypie… Rano wykorzystałem oczko pogodowe i na speedzie przebiłem się przez lodowiec do obozu 1 na Siemionowie. Zastałem tu Czechów i jednego Rosjanina. Rozbiłem siękonfortowo i czekam lepszej pogody. Cieszę się, że spróbowałem sił na drodze Voronina, jest to dla mnie spore doświadczenie, cieszę się też , że się wycofałem, bo teraz byłbym tam w niezłej dupie. Na tę chwilę Czesi i Rosjanin w poszli na dół po lodowcu do ABC, zostałem tu się sam. Pogoda ma być kiepska do środy, czyli trzy dni. Płd. Wsch. grań Chana zrobiła się jeszcze cięższa od mokrego śniegu. Co rusz słychać schodzące z niej lawiny, spadające seraki, obrywające się nawisy. Dziś zadzwonię do Waldassa zdać relację. Travers nie wypala, będzie próba na drodze Siemionowa. Jak tylko przestanie sypać i poschodzą wszystkie lawiny kuluarem, to uderzam na przełęcz 5840m npm. Skąd tylko wiedzieć czy wszystkie lawiny już zeszły? Muszę też odpocząć, potworne zakwasy opanowały każdy mięsień mojego ciała po psychicznym zejściu z drogi Voronina. Zauważyłem jeszcze jedną rzecz. Wczoraj, kiedy z rozwalonego palucha ciekła mi krew, cuchnęła tak, jak cuchnie krew zarzynanego indyka. Stworzyłem więc jedyne wydaje mi się rozsądne wyjaśnienie. Kiedy się zabija indyka czy kurę czy świnię, zwierzęta te są tak przerażone, że ich organizmy produkują dużą ilość adrenaliny która powoduje ów specyficzny zapach krwi. Podejrzewam , że podobnie jest w moim przypadku, kiedy koło Twojej czachy leci z nienacka głaz z niesamowitą prędkością, słyszysz tylko gwizd, jeden drugi trzeci, wtedy jesteś jak zarzynany indyk czy prosie. A dziś, największy sukces tej wyprawy. Jak doszedłem do Kampu na Simionowie, spotkałem Czechów jak już wspomniałem. Pogadałem, rozbiłem obóz i ugotowałem w nagrodę za wysiłek, jeden z moich nielicznych limitowanych na specjalne okazje posiłków ( przez większość czasu jadłem kaszki dla niemowląt). Jak go ugotowałem, to okazało się, że jest tam wołowina. Ale szokooooo. Już mało nie chciałem tego zjeść i po siedemnastu czy osiemnastu latach wegetarianizmu złamać swoje słowo, postanowienie. Jednak wygrałem, cały ciepły pyszny pachnący posiłek oddałem Czechom. Duże było ich zdziwienie, podobnie jak wielkie było kilka tygodni wcześniej zdziwienie innych Czechów, kiedy to w Maida Adyr poczęstowałem psa Chana rybą w puszce.
28.07.09 Dzień lenistwa i porządków. Oraz jedzenia. Byłem na krótkim spacerze po lodowcu. Potem posprzątałem obóz. Zorganizowałem rzeczy do zabrania i ogółem jestem gotów ruszać na przełęcz. Teraz zerwał się wiatr. Mam nadzieję, że noc będzie zimna i wiatr rozwieje chmury. Poranny prysznic postawił mnie na nogi.
Ten sam dzień, późnym popołudniem. Wiatr nie rozwiał chmur, przyszły za to nowe. Śniegu nasypało sporo i sypie wielkimi płatami cały czas. Za to przyszło trzech szwajcarów i Rosjanie.
29.07.09 Dzień wielkich nudów. Załamanie trwa. Jednak w chwili obecnej prognozy są spoko. Jutro o 4.00 rano ruszam do dwójki. W obozie jest sporo osób więc będzie mały harmider. Poznałem też sympatycznego człowieka z Monachium. Jutro napiszę więcej.
01.08.09 Piękny dzień powstania warszawskiego. Spędzam go tu na 5840 m npm. I myślę sobie o dzielnych chłopakach i dziewczynach z powstania. Wczoraj nie pisałem ze względu na brak warunków. Jednak tak jak wynika z poprzedniej relacji, ruszyłem o 4.00 rano na zmarznięty lodowiec Siemionowa.
A ów sympatyczny Monachijczyk, który robił tak miłe wrażenie jeszcze poprzedniego dnia, zachowywał się tak jagdyby jego serdeczność miała jakiś podstępny cel. Generalnie opowiedziałem mu po krótce o swoich przygodach na Woroninie, o nocy na 4800, o wędrówce przez lodowiec Inylczek. Aż w pewnym Momocie on do mnie w te słowa:
- moim zdaniem nie ma sensu zatrzymywać się w obozie drugim na 5300 npm , tylko lepiej od razu grzać na 5900 npm do trójki .
Teoretycznie niewinne zdanie. Jednak trzeba wiedzieć, że on był po aklimatyzacji tzn. że był już na 5800 gdzie spędził parę nocy , poczym zszedł do ABC i odpoczywał ze trzy dni. Ja natomiast, środowiskowo byłem dobrze zaklimatyzowany bo szedłem te 80 km po lodowcu wznosząc się powoli na 4300, potem też na drodze Voronina spędziłem noc na 4800, przez chwile byłem na 5000 kołach ale mimo wszystko wysokościowo nie czułem się dobrze zaklimatyzowany. Powiedziałem mu zatem, że skoro idę zachodnim żebrem na szczyt to mam czas i nie muszę się spieszyć i podejmować ryzyka i wbijać się od razu na 5900zwłaszcza, że pogoda i tak niepewna. Wyczułem w tym jakiś podstęp. Tak czy siak powiedziałem mu, że o 4.00 ruszam bo kuluar zamarznięty zmniejsza ryzyko lawinowe. On na to, że też idzie. No dobra myśle sobie. Tego dnia na aklimatyzację ruszał też Uzbek, Rosjanie i Szwajcarzy. O 4.00 już byłem spakowany. Noc cholernie zimna, dobra. Ja po kilku dobach kibla byłem konkretnie zastany. Biję do Niemca i okazało się że ten nie ma czołówki. Oj matulu. Więc poszedł za mną. Krok w krok wisiał nade mną jak zmora. Niczego bardziej nie cierpię w górach jak mieć kogoś kogo nie znam na ogonie. Zaraz nabieram niezdrowego tempa. Więc po jakiejś godzinie marszu okazało się, że puchnę. Zachciało mi się rzygać, w ogóle organizm rozwalony konkretnie, po Voroninie i tym parodniowym okresem bezczynności, po prostu zastałem się. Zatrzymałem się co by się nieco zresetować. A, że w tym czasie zaczęło już szarzeć, Niemiaszek ominoł mnie niczym przeszkodę na drodze i polazł dalej ni bacząc na nic. Dzień wcześniej wspominał, żeby Ruskich póścić przodem to przetorują śnieg. Już wtedy pomyślałem , co za szuja, ale teraz wiedziałem to na 100%. Jemu chodzi tylko o jedno wleść na górę. Dla mnie też to było istotne jednak ważniejsze było zachowanie klasy i reprezentowanie dobrego stylu. Do końca nie mogłem uwierzyć że tak jest. Ale nic to . Popiłem, zwinąłem graty, ciągle chciało mi się rzygać, organizm bronił się przed tym szokiem, ale pogrzałem dalej. Potem okazało się, że długo potrzebuje się rozgrzać po tym czterodniowym kiblu. Potem były różne przygody i łojenie pod górę. Szybko dopędziłem Niemca, jednak nie miałem zamiaru go wyprzedzać. Po prostu szedłem. Dotarłem do kuluary Siemionowa.
Mówię zatem , w takich miejscach, jak to odcinek pionowy, a nad głową zaśnieżona stromizna na półkach której zalegaja nawisy śniegu po wielodniowych opadach. Spadając zabierają co się da po drodze nabierając wielkiej siły, spadają z bardzo stromych zboczy Czapajewa, należy pokonywać szybko. Niemiec się otrząsnoł i poszedł dalej . Zwolnił line więc szybko załoiłem ten kawałek coby się rozgrzać, dostałem tempa. Za moment siedziałem Niemcowi na karku. Opadł on zupełnie z sił co mnie zdziwiło. Ja natomiast poczółem niezłego powera. Do końca trudności zostało 20m przewyższenia, a tam serak na którym można się zrestować. Niemiec robił 2 minutową przerwę po każdym ruchu, nie pozostało mi zatem nic innego jak go wyprzedzić. Żeby spokojnie wyłoży się na bezpiecznym seraczku. Dwieście metrów wyżej był obóz drugi, w który,m ja postanowiłem spędzić noc. Chwile później byłem już w obozie drugim. Po jakimś czasie docierarło do obozu jeszcze kilka osób. Niemiec po dotarciu do dwójki został przez kogoś zapytany czy zostaje odpowiada nie, my i tu wskazując na mnie, idziemy dalej do trójki. Normalniue zbaraniałem, chłopak troche przesadził. Bo ja nic na ten temat nie wiedziałem. Olałem zatem jego pomysł i zaczołem sobie kopać platformę pod namiot, a ten gdy to zobaczył wpadł w panikę. Problem polegał na tym, że jego namiot stał rozbity na 5800, na 5300 nie miał on bazy nie miał namiotu, troche liczył na to że przetoruje za niego do trójki, mając gdzieś tak naprawdę to że dla mnie bez aklimatyzacji wbicie się na 5800 z 4300 wiąże się z możliwościa zekkiej zwałki. Każdy o tym wie. Obraził się że mimo jego przekonań nie zdecydowałem się isć wyżej. W końcu poszedł sam, tam już nie wiem co się działo, teren jednak bardzo łatwy jedynie nieprzetorowany śnieg. Ja spędziłem nocke na 5300 i odczółem fizycznie bardzo mocno, próbę Voronina, słabe żarcie, trzy doby kibla, oraz tysiąc metrów przewyższenia w ciągu 6ściu godzin . Wsparłem się aspiryną i poszedłem spać. Rano było ok. Ogarnąłem swoje graty, zjadłem, wypiłem i pogrzałem dalej na 5800. Szedłem bardzo powoli, zdobywałem wysokośc w żłówim tempie, coby się nie sforsować powoli metr po metrze lapać wysokość. Przedemną spory wysiłek atak z przełęczy na szczyt, 1200 metrów przewyższenia. Musiałem na to oszczędzać siły. W końcu szczęsliwy dotarłem na 5800. Rozbiłem obóz pod psychicznym serakiem i odpoczywałem.
CDN......................
Wspaniała wyprawa. Podziwiam za pomysł i wykonanie samotne. Jestem pod wielkim wrażeniem.
OdpowiedzUsuń na zawszeja tez...:)
OdpowiedzUsuń na zawszeHi Tomek! My name is Konstantin Savenkov, we have met in a car from Maydaadir to Karakol. My trip report about Khan-Tengri is here: http://savenkov.livejournal.com/216198.html
OdpowiedzUsuń na zawszeWhat are your plans for the new season? I am planning trip on Pamirs with ascension to Korzheneva Peak (7105) and possibly Communismo (Ismaila Somoni) Peak (7495).
Hi! I have lots off plans, the only problem is money :( . Wee weel see Greathings for your friends.
OdpowiedzUsuń na zawsze